Strony

rozwijane menu

czwartek, 2 lipca 2015

Rancho Adama

Sezon urlopowy otwarty...
Wybraliśmy się na cztery dni na Rancho Adama do Peweli Ślemieńskiej (ok. 14 km za Żywcem). Zdecydowanie za krótko, ale tylko na tyle mógł z nami jechać mąż.
Bardzo fajny ośrodek w górach, dość wysoko, ale nasza skodzina dała jeszcze radę.
Ośrodek dysponuje dwoma pensjonatami, domkami i bóg wie czym jeszcze. Jest to bardzo duży teren na którym każdy znajdzie coś dla siebie.
Można iść w góry a w zasadzie wejść po prostu trochę wyżej, choć niewiele wyżej już nam pozostaje. Dobre miejsce na spacerki dla każdego. Agusia po górach chodzić lubi (nasze geny:) więc wybraliśmy się na spacer.




Na szczyt wchodziliśmy dwie godzina a z powrotem, już na baranach u taty (na obiad trzeba było zdążyć) raptem 30 minut.

Idąc do góry nie ominęliśmy chyba żadnego robaczka, motylka czy pajączka.


Po drodze zatrzymaliśmy się przy kapliczce myśliwskiej.





My podziwialiśmy widoki, Agnieszka "polowała" na kolejne robaczki.
Dzień bez wizyty u koni to dzień stracony, tak więc codziennie rundka do góry aby konikom powiedzieć cześć, dać marchewkę, pogłaskać lub ... dać się ugryźć. Na szczęście bliskie spotkanie miała Agniesia ze źrebakiem, który zębów jeszcze nawet nie miał tak więc i śladu na paluszkach nie było. Jedynie trochę strachu, który jej nie zniechęcał.




Dla koników w teorii były marchewki i czerstwy chleb. W praktyce marchewki były dla koni a chleb jadły dzieciaki. A dlaczego?  Tłumaczyliśmy, że konie mają mocne stare (tego trzeba było nie mówić) zęby i pogryzą twardą marchewkę i twardy chleb. No i ta moja pociecha wymyśliła sobie, że :
- "ja też mam stare zęby, też mogę jeść twardy chleb. Popatrz, jakie mam stare zęby"
Nie wiem czemu utkwiło jej to stare, ale to był argument nie do pobicia. I tak chleb jadły dzieciaki a konie marchewki




Pogoda nie była może typowo letnia, ale też nie było zimno a podało tylko sporadycznie. Wystarczająco aby piasek na placu zabaw był mokry cały czas a wiec idealny do robienia tortów zasypywania pajęczyn na krzakach i innych zabaw. I aby wykończyć kolejną parę spodni. Zawsze znalazł się jakiś kompan do zabaw, który wychodził z tego o niebo czystszy. Jak widać do brudzenia się i wykańczania ubrań w tempie rekordowym też trzeba mieć talent.



Jedzonko bardzo smaczne. Śniadania i kolację w postaci szwedzkiego stołu, gdzie każdy znalazł coś dla siebie. Obsługa, która starała się spełnić każde życzenia z miłym uśmiechem. Pogratulować cierpliwości.
Teren w około bardzo zadbany, każdy krzaczek równo przycięty. Mnóstwo zakamarków, które z Agnieszką obeszłyśmy, tańce na polance też były.











Miejsce na grilla czy ognisko, z których z racji krótkiego pobytu nie zdążyliśmy skorzystać.




I ten codzienny marsz pod górę z pensjonatu dolnego (tam byliśmy ulokowani) do górnego do restauracji na posiłki ostro pod górę szeroką alejką ... bezcenne.


A na koniec trzeba  się było jeszcze pożegnać że wszystkimi zwierzakami i podzielić z nimi czerstwą bułeczką.